Pasożyty i spółka

Nie graj w szachy z pchłami, bo wygra tasiemiec!

Lato to czas wytężonej pracy dla zielarza – wszystko rośnie i dojrzewa w tempie niemal błyskawicznym, przyroda nie marnuje czasu i tego samego wymaga od nas. Zmuszona więc byłam odłożyć na jakiś czas radosną twórczość blogową 🙂 by zająć się, że tak powiem pracą u podstaw.

Niemniej jednak zatrzymam się na chwilę w tym ciągle jeszcze letnim pędzie (właśnie dojrzewają owoce łopianu), by podzielić się historią, która nam się ostatnio przydarzyła.

Otóż, jakiś czas temu w ogrodzie pojawiły się pchły. Zapewne przyczynił się do tego nękający nas w tym roku ekstremalny upał oraz Pan Jeż, lokator ogrodowy, którego spotykam zwykle około północy, na ostatnim wyjściu z psami. Mała Ruda już się nauczyła, że ten straszliwy zwierz kłuje, więc tylko jazgocze zapalczywie budząc całą okolicę. Mała Czarna z racji wieku i doświadczenia zachowuje stoicki spokój.

Ponieważ nie stosuję chemicznie nasączanych obróżek przeciwpchelnych (niektóre to okropna trucizna) pozostało mi „ręczne” rozprawianie się z wrogiem czyli tzw. iskanie moich zwierzaków. Pcheł nie było dużo, zbagatelizowałam więc problem, sądząc, że co jak co, ale łapanie pcheł wychodzi mi doskonale, nie ma zatem powodów do niepokoju czy wdrażania jakichś drastyczniejszych metod. Atoli wychynął nowy nieprzyjaciel. Jak zapewne pamiętacie z moich wcześniejszych wpisów, zawsze pilnie egzaminuję kupki moich psów. Takie hobby 😉 Dlatego natychmiast dostrzegłam coś dziwnego na tradycyjnie porannej kupie Małej Czarnej – 3 malutkie ( na oko z 5 mm długości) białe robaczki. Wyglądały tak jak w moim mniemaniu powinny wyglądać owsiki. Ale psy ponoć nie miewają owsików… Zapakowałam więc robale do pojemnika i pognałam do Ulubionego Pana Doktora, który przekazawszy stwory do badań laboratoryjnych zaaplikował towarzystwu, czyli Małej Czarnej, Małej Rudej i Panu Kotu prochy na odrobaczenie.

I tu docieram do sedna mojego dzisiejszego wpisu – nie odrobaczam psów za pomocą tzw. metod naturalnych i Wam też nie radzę!

Tak, przy całej mojej miłości do alternatywnych sposobów leczenia, w przypadku robali zdaję się na medycynę konwencjonalną. Pasożyty to uparty i podstępny wróg, towarzyszący ludzkości od zarania dziejów. Człowiek walczył z nimi czym popadnie – jeszcze na początku 20 stulecia w grę wchodziły takie środki jak: arszenik, kalomel (zawiera chlorek rtęci), siarczan żelaza, zastrzyki z wody i octu, sól kuchenna, roztwory kwasu karbolowego(to forma lizolu – silnie żrącego środka używanego do dezynfekcji!) i kreoliny (kolejnej trucizny do odkażania), terpentyna czy też czterochlorek węgla (składnik piany w gaśnicy) – i to wszystko doustnie!!! Słowem horror i makabra!

Oczywiście stosowano też rozmaite zioła: piołun, wrotycz, tymianek lub co gorsza olejki zawierające tymol, rumianek bezpromieniowy, oman, orzech włoski, narecznicę samczą, bylice rupnik czyli kwiat cytwaru, komosę lub o zgrozo olejek komosowy, nasiona dyni, kamalę, kwasję gorzką, ziele tytoniu, wilca przeczyszczającego i co tam kto jeszcze miał pod ręką lub na łące.

Wspólną cechą większości tych ziół są trucizny w nich zawarte: santonina, filicyna, tanacetyna, tujon, juglon, askaridol, nikotyna, żeby wymienić tylko najważniejsze. Dodatkowo do kuracji głównej zwykle dodawano silny środek przeczyszczający, żeby spowodować nagłe i w miarę całkowite wydalenie porażonych pasożytów. Czasem był to olej rycynowy, czasem jakieś rośliny lub środki chemiczne ale zawsze należało wiedzieć co się robi bo np. olej może silnie wzmóc toksyczność niektórych substancji obecnych w ziołach.

Słowem drakońskie kuracje bez gwarancji powodzenia w dodatku, bo także naturalne substancje działają różnie lub wybiórczo na pasożyty. Praktycznie niemożliwe jest ustalić właściwą dawkę ziela, ze względu na niemożność ocenienia ilości zawartych w nim składników czynnych – tym sposobem poruszamy się po krawędzi – dawka terapeutyczna może zamienić się w dawkę niebezpieczną dla zdrowia a nawet śmiertelną.

Jako przykład zacytuje ustęp z książki „Farmakologia weterynaryjna” autorstwa J.Mozgowa, który dobrze oddaje powagę sytuacji:

Psy znoszą dawkę do 6,0 na kg wagi; poszczególne zwierzęta znoszą dawkę nawet do 25 na kg, a niektóre giną od 1,5

Stan ogólny zwierzęcia, wiek, choroby towarzyszące, ciąża, laktacja, dieta, stres – jest wiele czynników, które mogą wpłynąć na metabolizm podanego środka leczniczego, w przypadku silnych trucizn granica ta jest zbyt wąska by z nią eksperymentować.

Stosunkowo bezpieczny w grupie roślin które wymieniłam, oman (no i dynia oczywiście), podany w minimalnej, herbatkowej dawce, spowodował po kilku godzinach wymioty u Małej Czarnej. Wiem, że to on, bo po jakimś czasie powtórzyłam doświadczenie z takim samym efektem (wybacz mi Czarna, to dla twojego dobra było).

O ile więc nie znajdziecie prawdziwego szamana zielnego, w przypadku robaków idźcie lepiej do weterynarza. Co prawda medyczne leki na odrobaczenie to też nie kaszka z mlekiem, ale mają przynajmniej jedną poważną zaletę- dawka „trucizny” jest precyzyjnie odmierzona.

A tymczasem badania parazytologiczne ujawniły tożsamość najeźdźcy okupującego Małą Czarną – okazał się nim tasiemiec psi – Dipylidum caninum – jego człony mają zdolność samodzielnego poruszania się, brrr……Żywicielem pośrednim tego tasiemca jest larwa pchły.

Szach i mat proszę Państwa. Tak się kończy gra z pchłami.

PS. Przy okazji rozprawiłam się też z interesującą teorią zwaną helminoterapią. Teoria ta w skrócie mówi, że w przypadku chorób autoimmunologicznych organizm atakuje sam siebie ponieważ nie ma nic lepszego do roboty. Dajmy mu kilka robaków, a będzie miał zajęcie. Niestety w przypadku Malej Czarnej helminoterapia zawiodła, obserwowałam bowiem nasilenie nietypowych objawów alergicznych, przypisując je ogólnemu pogorszeniu jej zdrowia lub nasileniem letnich alergenów w powietrzu.

PS.2 Mimo wszystko nadal uważam, że nasączone pestycydami obroże przeciw-insektowe są lekarstwem gorszym od choroby, dlatego do walki z pchłami stosuję teraz moje octy ziołowe, w rozcieńczeniu służą do spryskiwania sierści zwierząt, a skoncentrowane do mycia i odkażania domu.

 


 

Bibliografia:

1 Harold Lenney, M.R.C.V .S “ Home Doctoring of Animals’ London 1921

2 J.Mozgow “Farmakologia Weterynaryjna” PWRiL Warszawa 1951

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *