Takie Tam

Majówka

Nie jestem ortodoksyjną zielarką ale raczej  zwolenniczką medycyny komplementarnej w której to stosuje się terapie alternatywne jako dopełnienie klasycznego leczenia, przy czym  należałoby się bardziej skupić  na niepowtarzalności pacjenta niż na samym  zarządzaniu chorobą.

Całkowicie spersonalizowana, niejako „uszyta „  na miarę pacjenta  medycyna to ciągle  jednak bardzo odległa  kwestia.

Weźmy chociażby prosty przykład jakim jest tzw. norma dla  hormonu tyreotropowego TSH . Zaczyna się w okolicach  0,2 a kończy na 4. Czyli osoby zarówno z dolnej jak i górnej granicy zakresu są teoretycznie  „normalne”. Dlaczego więc kiedy TSH podniosło mi się z poziomu zwykle oscylującego wokół  1,5 do do 3,  zaczęłam mieć problemy z pozbyciem się paru zbędnych zimowych kilogramów. Kiedyś po prostu same znikały wraz z pojawieniem się wiosny i zwiększoną dawką ruchu, teraz trzymają się mnie (dosłownie ?  ) jak rzep psiego ogona  i chyba czas na dietę. Albo na regulację tarczycy. Tylko jak skoro teoretycznie jestem zdrowa…

Nawet tzw. holistyczne spojrzenie na organizm  jest dzisiaj bardzo trudne – jesteśmy poddawani działaniom zbyt wielu czynników poczynając od środowiska a na medykamentach  kończąc. To wprowadza zamęt , a zamętu nie da się  w łatwy sposób okiełznać . Trzeba wracać do podstaw a to nie jest łatwe, w medycynie klasycznej zaś prawie niemożliwe.

Moją podstawą mogło być przypuszczenie, że tarczyca powoli zmierzająca ku niedoczynności po prostu rozleniwiła się z wiekiem. Nie cierpię na żadne choroby ani nie przyjmuję leków, które mogłyby nawet pośrednio na nią wpływać. Zatem wydedukowałam, że owoc kaliny, który co roku udaje mi się zaprawić w miodzie lub lekki napar z przytulii czepnej byłby zachętą dla leniwego narządu. I rzeczywiście , po 2 tygodniowej może kuracji tymi przyjemnymi specyfikami, TSH samo z siebie spadło do poziomu „2”.

Według mojej wiedzy nie istnieje żaden lek farmakologiczny, który zadziałałby w ten sposób nie powodując przy tym skutków ubocznych.

Dlatego zioła są a przynajmniej powinny być  cenną częścią  medycyny, dziedzictwem ludzkości  z którego została bezprawnie ograbiona. Zamiast kształcić fitoterapeutów, najpierw ośmieszono a potem wyrugowano ziołolecznictwo z obszaru życia publicznego.

Powiecie, kiedyś nie było antybiotyków i ludzie marli jak muchy – odpowiem- wkrótce znowu nie będzie antybiotyków, ponieważ stosowaliśmy je jak szaleni, sypiąc nieomal do herbaty. Wszystko co żywe podlega ewolucji nieustannie się ucząc a bakterie robią to najszybciej. Czy te 100 lat względnej wolności od chorób ( bo pierwszy antybiotyk powstał w 1928 roku ) warte będą końca naszej cywilizacji, kiedy oporne na antybiotyki szczepy mikrobów opanują planetę?

Zagrażają nam też coraz mocniej   choroby cywilizacyjne.

W obliczu chorób szczególnie  chronicznych, lek farmaceutyczny  szybko wyczerpuje swoje możliwości. Co gorsza wpływa  całościowo na organizm dokonując w nim subtelnych zmian z każdym kolejnym rokiem albowiem kiedy już zaczniemy coś brać, zwykle bierzemy to do końca życia ( betablokery, leki na nadciśnienie, tabletki na cukier  etc.)

A przecież wiele z tych początkowych , jeszcze będących przecież w zarodku schorzeń  z powodzeniem mogłoby być zaopatrzone , a przynajmniej znacznie opóźnione poprzez terapię ziołową o ile mielibyśmy dostęp do wykształconych fitoterapeutów umiejący połączyć wiedzę medyczną z wiedzą zielarską. Ewentualnie współpracujących ze światłymi lekarzami, którzy nie odżegnują się od ziół jak diabeł od święconej wody.

Zioła i ja

Stosując zioła na sobie, swojej rodzinie i swoich zwierzętach, byłam czasami świadkiem ich spektakularnego działania, chociaż częściej jednak przebiegało ono w ciszy  i prawie niezauważalnie. Ot, ktoś mniej się zaczął drapać  albo lepiej wypróżniać , zniknęło nieustanne uczucie ciągnięcia w boku (kłuło uparcie chociaż USG nie wykazało żadnych problemów z wątrobą czy pęcherzykiem żółciowym,) serce wróciło do właściwego rytmu po nalewce z serdecznika,  z bolącego gardła nie rozwinęła się angina, zagoił się głęboki wrzód, zeszła twarda jak deska  opuchlizna na ciele, w którą nawet lekarz rodzinny wpatrywał się w zdumieniu, nie wiedząc co by tu począć 🙂

Mała Czarna ograniczyła dawkę Encortonu do absolutnego minimum, ponieważ lukrecja była w stanie powstrzymać dzikie wprost ataki kaszlu wywoływane nietolerancją pokarmową. Ostre zapalenie trzustki nie wróciło (a to się często zdarza), nie rozwinął się wyspiak trzustki czego mogłam się obawiać obserwując jej częste hipoglikemie. Nie przyplątała się choroba jelit, o którą łatwo w poważnie naruszonym układzie pokarmowym.

Nawet Pan Kot, od dwóch lat nie miał tradycyjnego wcześniej nawrotu wiosennego herpesa. Wydaje się, że pozbyłam się choroby traktując każde podejrzane kichanie dosłownie jedną do dwóch kropelek oleju z dziurawca.

Tym samym może  nie jesteśmy  całkowicie wyleczeni ale nie jesteśmy też chorzy. Zamiast szpikować organizm obcymi dla niego substancjami chemicznymi, wspomagamy się tonikami ziołowymi licząc na to, że ciało rozpozna i zaakceptuje swoich pobratymców z Natury. Jesteśmy cierpliwi i nie domagamy się cudów. Wszystko ma swój czas i rytm.

Ciągle się uczę, ponieważ wiedza o zielarstwie jest już praktycznie zapomniana, został po niej tylko cień dawnej świetności powielany kliszowo  na FB, gdzie szerzy się (wybaczcie mi ten osąd ) straszliwa ignorancja zaprawiona  w dodatku pośpiechem .

Trzeba umieć odsiać ziarno od plew, właściwie wykorzystać wskazówki, nie bać się zaryzykować gdy chociaż trochę wie co się robi. Przede wszystkim jednak trzeba zachować  pokorę – to co się psuło latami, nie zostanie naprawione w ciągu jednego dnia.

Zioła i WY

Zwracacie się Państwo do mnie o rady- i cieszę się, że mogę pomóc, ale nie znam żadnych cudownych metod, które zadziałałyby niczym machnięcie czarodziejskiej różdżki. Każdy człowiek jest inny i każdy pies jest inny. Dążenie do jak najszybszego ograniczenia objawów choroby może łatwo spowodować przedawkowanie zarówno dozy jak i czasu stosowania  leku farmakologicznego czy ziołowego. A wtedy zamiast leku otrzymamy truciznę. W przypadku terapii ziołowej  dla zwierzęcia, które przecież nie powie nam ja się po nich czuje, ostrożności nigdy nie za dużo. Poza tym u zwierząt, kwestia właściwej diety jest zwykle nadrzędna do ziół.

Zioła i Maj

To świetny miesiąc dla ludzi nie znających się na roślinach, gdyż większość z nich (roślin nie ludzi 🙂 zaczyna kwitnąć a zidentyfikowanie zioła po kwiatach często nie nastręcza trudności. Udajcie się zatem na spacery z psem w rejony trochę bardziej odległe od miejskich arterii aby wykorzystać ten wiosenny czas  na przygotowanie podstawowej apteczki ziołowej dla waszego psa.

Nie bądźcie leniwi ! Zebrane  ze swojego naturalnego siedliska ziele, troskliwie ususzone w temperaturze pokojowej , najlepiej bez dostępu światła dziennego jest  nie do przecenienia. Przemysłowy zbiór i suszenie ziół  pozbawia je wielu cennych składników, a czasami nawet czyni zupełnie bezwartościowymi, że nie wspomnę o możliwych zanieczyszczeniach surowca. Dlatego potem nie działają tak jak powinny.

Życzę zatem powrotu z majowego spaceru z pokrzywą za pazuchą, z garścią  liści mniszka albo babki naszej kochanej w kieszeni, z kwiatem  czarnego bzu lub głogu we włosach albo chociaż z rzepami łopianu w psim ogonie.

W dobie coronawirusa na którego nasz wspaniały nowoczesny świat nie znajduje  lekarstwa,  warto pewne rzeczy przemyśleć jeszcze raz. Powodzenia 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *